zaloguj się
SZTUKATEATRFILMMUZYKAMUZYKA KLASYCZNAOPERAKSIĄŻKATANIECDESIGNARCHITEKTURAFOTOGRAFIAHOMOŁADNIEKOBIETYPOLITYKA KULTURALNA

MUZYKA

MY, ZE SPALONYCH WSI

TEKST: Adam Suprynowicz

FOTO: Attila Husejnow

23.06.11

Na miłość boską! Tu nie chodzi o piękny śpiew, można fałszować, ważne, że się śpiewa!

Wtorek, 9 rano. Przed budynkiem dawnego Wydziału Weterynarii SGGW na Grochowie – od niedawna siedzibą orkiestry Sinfonia Varsovia – zbierają się grupy dzieci. Wspólnie wdrapujemy się po schodach do auli zniszczonego budynku. Uśmiechnięta pani ucisza dzieciaki uderzeniami w tamburyn. Pyta, czy wiedzą, czym jest muzyka. Rozdaje ochotnikom instrumenty perkusyjne i zaprasza do eksperymentu: porozumiewania się za ich pomocą. „Akcja Labirynt” rozpoczęta.

Ta uśmiechnięta pani to Viola Łabanow, szefowa fundacji „Muzyka jest dla wszystkich”, klawesynistka Warszawskiej Opery Kameralnej. Ten ceniony zespół od lat zmaga się z klęską finansową. Ostatnio samorząd województwa mazowieckiego zapewnia pieniądze już niemal wyłącznie na pensje. Z jakiegoś powodu nie ma w Warszawie miejsca na małą operę o profilu odmiennym od Narodowej. Urząd Marszałkowski nie wie, do czego ten teatr jest potrzebny, a warszawiacy nie protestują. – Widząc to wszystko postanowiłam zająć się bazą – czyli edukacją muzyczną. Bo mnie to wkurza – mówi Viola Łabanow.

Grupy uczestników rozpierzchają się po budynku. W niesamowitej atmosferze zabytkowej grochowskiej rudery wyszukują sale, w których czekają animatorzy. – Dziś spóźnił się pan, który miał demonstrować dzieciom działanie instrumentów muzycznych. Cóż było robić – musiałam po raz pierwszy w życiu zagrać na fagocie – śmieje się organizatorka. – Przyznałam im się do tego, nie wierzyły, że można po prostu wziąć instrument i zagrać. Ale już za chwilę cała grupa miała w rękach skrzypce i wydobywała z nich dźwięki! – dodaje nie ukrywając radości.

Na parterze jest studio. Stłoczone w reżyserce dzieci podskakują z emocji, koniecznie chcą nagrać swój głos. Śpiewają prostą, znaną melodię, potem pękają ze śmiechu słysząc same siebie. W pomieszczeniu obok mają do dyspozycji fortepian z podłączonym do niego komputerem przetwarzającym dźwięki. To jest zabawa! Patrzę na to wspominając, jak zniechęcające dla mnie – równocześnie ucznia szkoły muzycznej – były lekcje muzyki w podstawówce. Kazano nam grać na fletach prostych i śpiewać „My ze spalonych wsi”. To były lata 80. – Ależ ten proceder trwa do dziś! – włącza się Viola Łabanow. – To przynosi tylko cierpienie dla uszu i zniechęcenie do muzyki! W ten sposób w PRL-u kształcono całe pokolenia. Ci ludzie teraz są politykami, redaktorami, pracują w samorządzie, podejmują decyzje, rozdzielają pieniądze. Muzyka nie jest dla nich ważna. Są na nią od dawna znieczuleni!

W ramach kolejnych reform po 1989 roku, lekcje muzyki i plastyki zastąpiono w szkołach lekcjami „sztuki” albo „zajęciami artystycznymi”. Niestety, Ministerstwo Edukacji Narodowej nie umie poradzić sobie z brakiem wykwalifikowanych nauczycieli muzyki. Specjalista, nieważne, czy jest kreatywny, czy katujący kolejne pokolenia grą na fletach, i tak nie ma najczęściej szans na etat, bo takich zajęć jest za mało w szkolnym grafiku. Zawodowym muzykom lekcji prowadzić nie wolno. W efekcie muzyki „uczą” np. przeszkoleni pobieżnie poloniści. Podobnie jest w przedszkolach i w pierwszych klasach podstawówek, gdzie zajęcia prowadzą nauczyciele tzw. „nauczania zintegrowanego”. Jeśli sami mieli takie lekcje muzyki, jak ja, efekt łatwo można sobie wyobrazić.

Kiedy Polskie Radio zaczęło organizować niedzielne poranki muzyczne, studio przy Woronicza szturmowały tłumy – mimo że w tym samym czasie w Filharmonii Narodowej jeszcze więcej dzieci zachęcała do muzyki legendarna Ciocia Jadzia. W tym roku w „Akcji Labirynt” weźmie udział około 4000 uczniów podstawówek. To znaczy, że ktoś jeszcze zdaje sobie sprawę, jak cenne dla ogólnego rozwoju człowieka jest obcowanie z muzyką. Co jeszcze rodzice mogą zrobić dla swoich dzieci? Może posłać je do szkoły muzycznej?

– W żadnym wypadku! – przestrzega Viola Łabanow. – Polskie szkoły muzyczne, zamiast umuzykalniać, zaczynają uczyć siedmiolatków zawodu! Większość odchodzi po paru latach, resztę – szkoli się na wirtuozów. Wielu z nich trafia potem do Akademii Muzycznych. Następnie, sfrustrowana nieudaną karierą, wraca, żeby kolejne pokolenia zniechęcać do muzyki. To może lekcje prywatne? – pytam. – Prowadzą je często ci sami ludzie, tylko za pieniądze. Podobnie jest w domach kultury. Nie sposób ocenić jakości prowadzonych tam zajęć. Dlaczego tak jest? – drążę. – Bo nie istnieje w tej chwili żadna instytucja sprawdzająca jakość powszechnej edukacji muzycznej. Brakuje dobrych standardów. Od 2008 roku wspólnie z Polską Radą Muzyczną próbujemy to zmienić, ale wiele pracy jeszcze przed nami. Pewne nadzieje pokładamy w utworzonym właśnie Instytucie Muzyki i Tańca. Jednak środowisko muzyczne narzeka na poziom edukacji muzycznej społeczeństwa, ale nie ma interesu we wprowadzeniu głębszych zmian, wręcz przeciwnie. Przecież nikt inny nie doprowadził do takiego stanu, tylko my sami! Ostatnio podstawę programową pisali autorzy podręczników. To tak, jakby koncern farmaceutyczny tworzył listę leków refundowanych! – emocjonuje się pani Viola.

Wracając do rodziców – może po prostu powinniśmy puszczać dzieciom więcej muzyki z nagrań? – Jeszcze nikt nie nauczył się mówić od wysłuchania wiadomości w telewizji – ripostuje moja rozmówczyni. – Muzyki człowiek uczy się właśnie jak mowy: powtarzając proste struktury, bawiąc się, naśladując rodziców. Najważniejsze jest to, żeby śpiewać małemu dziecku kołysanki, proste piosenki, w ten sposób się z nim bawić. Kluczowy jest okres „otwartych uszu”, od piątego do siódmego roku życia. Wtedy człowiek chłonie nowe bodźce, a jeśli ma już słuch rozwinięty dzięki prostym piosenkom, jest w stanie zrozumieć i polubić nawet najbardziej wysublimowaną muzykę, bo jeszcze nie wie, że jest "obciachowa" czy  "trudna”. Nie oszukujmy się, przecież większość rodziców nie będzie śpiewać dzieciom, bo się wstydzą – mówię. – Jeśli ktoś nie jest w stanie osiągnąć na tyle bliskiego kontaktu z własnym dzieckiem, że wstydzi się przy nim śpiewać – powinien zgłosić się do psychiatry! – irytuje się Łabanow. – Na miłość boską! Tu nie chodzi o piękny śpiew, można fałszować, ważne, że się śpiewa!

W czasie „Akcji Labirynt” dzieci wykonują proste układy taneczne, przy okazji ucząc się odróżniać taniec klasyczny i nowoczesny – i to wcale nie oznacza, że mają zostać tancerzami. Oglądając kreskówki i fragmenty filmów, bez specjalnego wykładu uczestnicy uświadamiają sobie, jak muzyka klasyczna zakorzeniona jest w kulturze, z którą obcują na co dzień. W 20 minut większość z nich potrafi otworzyć na tyle swoją spontaniczną ekspresję, żeby namalować rewelacyjne plakaty do słuchanej muzyki Liszta czy Szymanowskiego. Niesztampowe, abstrakcyjne, oryginalne. – Nam chodzi o wrażenie, o przeżycie. Coś z tego zostanie – albo nie – mówi szefowa fundacji „Muzyka jest dla wszystkich”. Patrząc na proste zadania ruchowe i na to, ile frajdy mają z nich wygłupiające się w labiryntowej Performerni dzieciaki, można mieć nadzieję, że jeśli nikt im tego nie wybije z głowy, w przyszłości nie będą miały kłopotu ze zrozumieniem teatru ruchu, happeningu.

Skoro więc dzieci tyle potrafią, jak można twierdzić, że nie mają słuchu? Otóż wszystkie mogą go mieć. Latami zastanawiamy się, dlaczego byle zespół z Wysp Brytyjskich śpiewa lepiej od polskich gwiazd estrady. Odpowiedź jest prosta: bo niemal każdy z brytyjskich muzyków śpiewał wcześniej w szkolnym, kościelnym, osiedlowym chórze. My takiej wielowiekowej tradycji nie mamy, ale mamy świetny system publicznego szkolnictwa muzycznego, który nie działa. Bijmy zatem na alarm, domagajmy się zmian. A dzieciom śpiewajmy. Pięć minut. Codziennie.

 


 

Adam Suprynowicz jest dziennikarzem muzycznym Programu Drugiego Polskiego Radia.


Fundacja Muzyka jest dla wszystkich" - www.muzykajest.pl

TEKSTY

przeglądaj wszystkie

BROOKLYN – WARSZAWA

Kalina Mróz

_
04.01.12

VIVA LA DIVA!

Mike Urbaniak

_
05.12.11

JEST PULS, JEST SIŁA

Agnieszka Kowalska

_
26.05.11

©2011 UPTOWN MEDIA, Design: Edgar Bąk