zaloguj się
SZTUKATEATRFILMMUZYKAMUZYKA KLASYCZNAOPERAKSIĄŻKATANIECDESIGNARCHITEKTURAFOTOGRAFIAHOMOŁADNIEKOBIETYPOLITYKA KULTURALNA

DUŻA RZECZ

PRAGA. DZIELNICA ARTYSTÓW CZY SLUMS WARSZAWY?

TEKST: Kowalska & Urbaniak

ILUSTRACJE: Kasia Walentynowicz

26.05.11

Nie ma chyba drugiej tak zmitologizowanej dzielnicy Warszawy. Każdy ma o niej jakiś pogląd, zwykle skrajny. Zapomniana przez Boga, historię i władze miasta, przez lata wegetowała gdzieś za rzeką. I chyba coś drgnęło, zaczęło fermentować. No właśnie, chyba.

Miała być naszym Mitte, Friedrichshain, Prenzlauer Bergiem. Dlatego dajmy już spokój tym porównaniom z Berlinem. Bo kiedy tam kolejne rejony miasta się cywilizują, u nas nie może się podnieść jedna dzielnica, która leży dziesięć minut od centrum. Nie mówiąc już o blokowiskach gdzieś dalej. Znamy ten mechanizm bardzo dobrze: do zaniedbanych kamienic wprowadzają się artyści, przyciągają publiczność z innych rejonów miasta. Powoli otwierają galerie, sklepiki, klubokawiarnie. Coraz więcej młodych ludzi chce tam zamieszkać. Angażują się w działalność na rzecz lokalnej społeczności, zaczynają dbać o architekturę i przestrzeń publiczną. Dzielnica ożywa. Czynsze idą w górę, offowi artyści szukają czegoś tańszego, przenoszą się dalej, i cały proces zaczyna się od nowa. W Warszawie tak się nie dzieje, dlatego bardzo jest tu potrzebna świadoma polityka władz miasta i dzielnic, której u nas brakuje. Samorząd gdzie tylko może, powinien udostępniać lokale artystom i kulturalnym aktywistom za symboliczne opłaty, albo wręcz za darmo. Na pracownie, galerie, kluby. Jak to może zadziałać, pokazali nam już Bartek Stroiński i Jakub Ciecierski w artystycznej kamienicy 5-10-15, która przez całe zeszłe lato funkcjonowała przy ul. Mokotowskiej.

Praga, Praga i Praga

Zacznijmy od kwestii najważniejszej – rejonizacji i nazewnictwa, bo na hasło „Praga” mieszkańcy reagują dość nerwowo. Dla tych z Lewego Brzegu, Pragą jest wszystko po drugiej stronie Wisły. Tymczasem to bardzo zróżnicowany kawałek miasta. Jest tu przecież Stara i Nowa Praga, Grochów, Kamionek, Saska Kępa, Gocławek i Gocław. I nie jest to jedna, jednolita Praga. Nawet określenie Praga-Południe używane jest tu niezwykle rzadko, bo to sztuczna, administracyjna nazwa. Ale żeby się nie zapętlić w ogromie materii, za którą się zabraliśmy, na potrzeby tego tekstu będziemy używać określenia Praga w szerszym – zawierającym obie Pragi – znaczeniu. Podobne podejście wybrało miasto, budując nam właśnie przy Różycu Muzeum Warszawskiej Pragi.

Witamy w rezerwacie

Tak, muzeum już się buduje. Nie będzie oczywiście oddane na czas. Ptaszki ćwierkają, że wejdziemy do niego raczej jesienią niż wiosną przyszłego roku. Powód? Ratusz nie dał Muzeum Historycznemu, którego oddziałem jest MWP, zabezpieczenia finansowego pozwalającego ogłosić konkurs na zaprojektowanie ekspozycji. Planowana zawartość i model działania muzeum w budowie są jednak bardzo niepokojące. Wszystko wskazuje na to, że powstanie skansen, z którego okien będzie można oglądać prawdziwy „rezerwat Indian”, czyli Brzeską i prażan handlujących na co dzień na bazarze Różyckiego. Jolanta Wiśniewska, starsza kustoszka MWP, zwana po prostu jego dyrektorką, mówi: „Praga na muzeum zasługuje. To jest część Warszawy, która się nie doczekała godnego potraktowania i docenienia jej dziedzictwa kulturowego. Odżegnujemy się od skansenu. Chcemy pokazać to, co jest tu żywego. To już ostatnia chwila na ratowanie materialnego dziedzictwa Pragi”. Na pytanie, co nim jest, odpowiada: „O tam, w kącie, stoi na przykład stara maglownica, która być może będzie częścią stałej ekspozycji »Dzieje Prawego Brzegu«”. A gdzie jakaś nowoczesność? „Będzie mediateka, baza historii mówionej, sala projekcyjna, a także kawiarenka z praskimi przysmakami” – odpowiada dyrektor Wiśniewska. To nas zaintrygowało, więc pytamy, co to są te praskie przysmaki. Odpowiedź: „Pyzy. Zastanawialiśmy się też nad flakami”.

I to jest właśnie wizja Muzeum Warszawskiej Pragi. Instytucji, która będzie potęgowała obraz tej części miasta jako biedadzielnicy z maglownicą i pyzami. Namiastką tego, jakiego typu będzie to instytucja (obyśmy się mylili), jest tymczasowa siedziba MWP przy Ząbkowskiej 23/25. Porównując ją z tymczasową siedzibą Muzeum Sztuki Nowoczesnej (też małą i skromną), zdajemy sobie sprawę, że MSN jest w XXI wieku, MWP nadal w XIX. „W związku z beatyfikacją papieża Jana Pawła II parafia katedralna pw. św. Floriana i Muzeum Warszawskiej Pragi ogłaszają konkurs na najciekawszą fotografię dokumentującą spotkania Jana Pawła II z mieszkańcami Pragi” albo „Czuwaj Prago! Stulecie harcerstwa w prawobrzeżnej Warszawie” – oto wystawy, które muzeum już nam zaserwowało w swojej tymczasowej galerii w Koneserze przy Ząbkowskiej. „To jest jakiś totalny anachronizm” – denerwuje się Łukasz Drgas, właściciel Magazynu Praga, sklepu z designem, który prowadzi od 6 lat w Koneserze. „Ja sobie nie wyobrażam, żeby w jakimś poważnym mieście w Europie ładowano pieniądze w muzeum dzielnicy, które będzie cepeliadą pełną starych gratów. Może jestem nienormalny, ale uważam, że Pradze więcej dałoby Muzeum Designu przy Targowej, które przyciągałoby turystów z Polski i z zagranicy. Przecież zbiory polskiego wzornictwa zalegające w magazynach Muzeum Narodowego są fenomenalne. Jest się czym chwalić!”.

Banda świrów

Łukasz Drgas jest jednym ze „świrów”, jak nazywamy pasjonatów miasta, którym chce się coś robić, poświęcać swój czas i pieniądze na tworzenie kultury. A ludzie to jest czynnik na Pradze kluczowy. Bo to miejsce trzeba pokochać, żeby ulokować tu swoją kulturalną i biznesową działalność, która wciąż obarczona jest na Prawym Brzegu ryzykiem, że goście „nie przyjdą”, „nie dotrą”, że „to jest za daleko”. Ale są tu na szczęście takie „świry”: Iza Bil na Inżynierskiej, Czarek Polak na Waszyngtona, Alina Gałązka na Lubelskiej, Marta Wójcicka na Mińskiej, Alina Pękalska na Filnlandzkiej. Dzięki temu ostatnie dwa lata wyjątkowo obrodziły nam w kawiarnie i kluby. Na Pradze-Północ: Melon, Winowajca, Sen Pszczoły, Bistro na Stalowej, Saturator, Skład Butelek, Hydrozagadka, Zwiąż Mnie, 4 Pokoje, Sens Nonsensu, Po Drugiej Stronie Lustra, Trzy Kolory, Królicza Nora, W Oparach Absurdu, Czarny Motyl, Łysy Pingwin, Mucha Nie Siada. Na Saskiej Kępie: Kępa Café, Lowery, FikuMiku, Figa z Makiem, Uwolnić Matkę, Francuska 30, już za chwilę Szara Cegła. Uff! A i to nie wszystko.

Leciem na Grochów!

Słowem – gdy są ludzie, zapał i energia – to i okolica zaczyna rozkwitać. Niestety, na Grochowie wciąż jest ludzi za mało. Lokalnym siłaczem jest tu Czarek Polak – dziennikarz, który szukając mieszkania, bardzo świadomie wybrał aleję Waszyngtona. Przez kilka lat prowadził tu cykl spotkań Literatura na Peryferiach. Zapraszał wybitnych autorów, którzy o tych rejonach pisali, by pogawędzili sobie o tym z mieszkańcami. Posiadówka z Andrzejem Stasiukiem w pubie Dziwny Świat Edwarda M. przy Szembeku to było coś! No i Monika Stachura – bratanica Edwarda, z którą Czarek na tej kulturalnej pustyni po prostu musiał się spotkać. Monika mieszka na Rębkowskiej – w mieszkaniu, w którym Edward Stachura spędził kilkanaście lat życia, i w którym w 1979 r. popełnił samobójstwo (Monika miała wtedy 8 lat). Otworzyła klubokawiarnię Legalna – w nowych blokach na Terespolskiej, w miejscu zburzonych zakładów Cory – gdzie można było kupić książki i spotkać się z pisarzami. Niestety, lokal się nie utrzymał. Czarek i Monika mieli zakładać kolektyw Leciem na Grochów, pismo „Cebula”, chcieli uruchomić lokalne archiwum i otworzyć kolejną klubokawiarnię, tym razem na Wiatraku (rondzie Wiatraczna). Jakoś to wszystko przycichło.  Czarek Polak: „Musi się udać. Dostaliśmy sygnał z urzędu dzielnicy o możliwości otrzymania lokalu na działalność kulturalną. Zamierzamy otworzyć artystyczną knajpkę, która pokazałaby specyfikę Grochowa. Może już jesienią. Zakładamy fundację, która będzie mogła ubiegać się o granty. Kumpelska sztama i improwizacja są okej, ale projekty, które chcemy wcielić w życie – m.in. kino, Latające Muzeum, multimedialna gazeta oraz tancbuda – wymagają większych nakładów. Niezależnie od tego, w lipcu wraz z mieszkańcami al. Waszyngtona i ul. Kirasjerów organizujemy I Festyn Sąsiedzki z okazji zakończenia remontu przedwojennej kamienicy, w której mieszkam. A w październiku ruszamy z nową edycją Literatury na Peryferiach. Udało nam się zbudować wokół festiwalu i kolektywu zalążek ruchu społecznikowskiego. Gochów ma ogromny potencjał kulturalny, ale trudniej niż na przykład na Starej czy Nowej Pradze wybudzić go z letargu”.

Może Czarka Polaka wspomoże Pablopavo – muzyk związany z Vavamuffin – który mieszka na Grochowie, w okolicach stadionu Orła, i bardzo to sobie chwali. Reggae kultura rozkwitała tu znakomicie w latach 80., głównie wokół SOS-u (Szkolnego Ośrodka Socjoterapii na Wiatracznej), a muzycy z dumą śpiewali o Szembeku czy o nieodżałowanej autobusowej linii K. W wywiadzie dla „WAW” Pablopavo tak diagnozował kulturalną sytuację dzielnicy: „Jest biedniejsza, mniej tu żyje osób z zasobnymi portfelami. Troszkę się zmienia, pojawiają się kluby, choć bardziej są to knajpy niż miejsca stricte kulturalne. W Warszawie połowa sukcesu to jest lokalizacja. Ludzie z Ursynowa nie przyjadą na Kijowską”.

To był maj

Z niedoborem lokalnych inicjatyw nie ma za to problemu Saska Kępa, która tej wiosny jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nam obrodziła. Pozytywnym bodźcem do działania okazał się tu znienawidzony przez lokalnych aktywistów festyn Święto Saskiej Kępy, organizowany przez władze dzielnicy i Stołeczną Estradę. Społecznicy zrzeszyli się i postanowili zorganizować własną imprezę – Saska Expo. Pierwsza edycja już 4 czerwca, a wezmą w niej udział m.in. galerie, które właśnie się tu ulokowały: fotograficzna Czułość – inicjatywa Janka Zamoyskiego i Witka Orskiego oraz BWA Warszawa Tomka Platy, Justyny Kowalskiej i Michała Suchory, które swoją siedzibę znalazło w Domu Funkcjonalnym przy Jakubowskiej. Alina Pękalska z Kępa Café: „Problem w tym, że dzielnica jako taka nie ma na siebie pomysłu. Większość ciekawych inicjatyw to wciąż inicjatywy oddolne. To świetnie, że są, jednak współpraca z dzielnicą mogłaby dodać im rozmachu, mieć realny wpływ na przestrzeń miejską. Tymczasem sposób zarządzania Pragą-Południe jest bardzo nietransparentny i daleki od nowoczesności. Nie widzę chęci wykorzystania kapitału społecznego, mam na myśli przede wszystkim pracę mieszkańców i stowarzyszenia Saski Trójkąt nad programem dla nowego domu kultury. Władze stoją na piedestale, nie mają odwagi na działania nowatorskie, w dialogu ze społecznością. Realizują swoją zachowawczą wizję rozwoju dzielnicy, nie uwzględniając np. potencjału konsultacji społecznych. A gdyby tak się rozluźnić, otworzyć na krytykę, poeksperymentować i stworzyć np. pierwszy w Warszawie dom kultury, w którym chce się być? Wizytówkę świeżej, nowatorskiej, prawobrzeżnej Warszawy? Marzenia!”. 

Deficyt miejsca

Miejsca na działalność kulturalną? Wciąż jest ich zbyt mało i wciąż są zbyt drogie. W rozmowach z lokalnymi aktywistami często pada przykład Green Establishment, sklepiku z ubraniami i akcesoriami, który pięknie wyremontowany został oddany przez dzielnicę na... sklep mięsny. „Jedyne, czego urząd dzielnicy pilnuje, to terminowych opłat za czynsz. Reszta go nie obchodzi” – mówi z żalem Iza Bil z Melon Café, która w podwórku przy Inżynierskiej 3 rozkręca też ostatnio Koło Gospodyń Miejskich. Dobry przykład to małe kulturalne zagłębie przy ul. Lubelskiej 30/32, gdzie działają m.in. teatr Scena Lubelska, Pracownia Wschodnia, Zmiana Organizacji Ruchu. Ostatnio najprężniej animuje to miejsce komuna//warszawa, która dostała zastrzyk dotacji na swoje projekty. Organizuje spektakle, działania interdyscyplinarne, koncerty, akcje w przestrzeni podwórka. Alina Gałązka z komuny//warszawa: „Jesteśmy tu już czwarty rok, na publiczność nie narzekamy – jest całkiem nieźle jak na nasz niszowy profil. Dzielnica podpisała za nami umowę wynajmu na kolejne 3 lata. Wiceburmistrz, który prowadzi projekt „Artystyczna Skaryszewska”, jest naprawdę otwarty. A jednak… co miesiąc, gdy przelewam kasę za czynsz, a jest to około 5 tysięcy złotych, to myślę, że moglibyśmy za to zaprosić fajnego artystę albo zainwestować w miejsce, zrobić klimatyzację (bo latem mamy saunę) czy pomalować tę obskurną klatkę. I ogarnia mnie żal. Bo jest to kasa, którą miasto przekłada z kieszeni do kieszeni, odprowadzając przy tym VAT. A wiem, że tak nie musi być. Wielki i fajny lokal piętro nad nami po raz kolejny opuściła kulturalna organizacja, bo nikt nie jest w stanie płacić takich stawek. Ani też dogadać się ze strażą miejską, która nie chce udostępnić kilku metrów korytarza do głównej klatki schodowej. Za koncepcją wynajmowania lokali artystom nie idzie żaden pomysł na to, jak mają się tu utrzymać. Przecież ich priorytetem powinno być przyciąganie ludzi, fajne projekty, a nie walka o przetrwanie. Można zacząć tłuc dyskoteki. Tylko trudno sobie to wyobrazić z mieszkańcami i strażą za ścianą. Nasz bar Deficyt poległ w tej nierównej walce”.

A miało być tak pięknie

Przestrzenie na kulturę miały być – w Koneserze na Ząbkowskiej i w Weterynarii na Grochowskiej. Ale nowi gospodarze miasto zwyczajnie wykiwali. Inwestor, który kupił dawną fabrykę wódek – BBI Development – obiecał pani prezydent, że w zabytkowych budynkach powstanie coś w rodzaju centrum kultury. Co dziś tam mamy? Magazyn Praga, Galerię Klimy Bocheńskiej, kilka galanteryjnych sklepo-galerii oraz pub z piwem i karaoke. Ot i cała kultura. A Weterynaria? To magiczne zupełnie miejsce – kompleks z 1900 r., projektu Władimira Pokrowskiego, który mieścił Wydział Weterynaryjny SGGW. Na szczęście zabudowań nie udało się sprzedać deweloperowi, bo skończyłoby się to pewnie tak, jak na sąsiednim terenie zakładów Cory. Miasto zainterweniowało, w 2009 roku wpisało Weterynarię do rejestru zabytków i odkupiło ją od SGGW za 15 milionów złotych. Wreszcie było gdzie ulokować Sinfonię Varsovię – renomowaną, działająca od ponad 25 lat orkiestrę, która nie miała dotąd swojej siedziby. Ponieważ zabytkowe budynki Weterynarii nijak nie dają się zaadaptować na salę koncertową, zapadła decyzja – teren jest spory, zbudujemy taką salę od początku – najnowocześniejszą, na 1800 osób. Miasto wyłożyło kolejne pół miliona na międzynarodowy konkurs architektoniczny. Napłynęły całkiem niezłe projekty, nawet z pracowni takich gwiazd jak Zaha Hadid. Wygrał Austriak Thomas Pucher. I choć jego koncepcja otoczenia całego terenu Sinfonia Varsovia Centrum dość wysokim murem (pod którym można by swobodnie przechodzić) wzbudziła dość duże emocje, to i tak dzielnica dostała kawałek naprawdę dobrej architektury. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że budowa zakończy się za kilka lat, a kompleks kilku budynków Weterynarii, który mógłby już tętnić życiem, stoi pusty. Dyrektor Sinfonii Varsovii Janusz Marynowski przejmując teren, obiecał miastu, że udostępni go organizacjom pozarządowym. Powołał nawet kuratorkę tego projektu – Martę Wójcicką, która z powodzeniem ożywiała puste wnętrza sąsiedniej fabryki PZO. Na obietnicach się jednak skończyło, a Wójcicka zniechęcona brakiem perspektyw działania odeszła (teraz realizuje się w Soho). Sinfonia daje mieszkańcom zaledwie kilka plenerowych koncertów rocznie, wpuszcza też sporadycznie do głównego gmachu Weterynarii wystawy studentów ASP. I na tym koniec. Koneser jest martwy, Weterynaria niestety również.

Soho na Kamionku

Tymczasem na Mińskiej wylądowali kosmici. Wizjonerzy z dużą kasą. Szef funduszu inwestycyjnego Black Lion, który przejął budynek PZO i pofabryczny rejon na Mińskiej, robi tu interesy, a przy okazji realizuje marzenie o dzielnicy artystycznej. Nazwał ją Soho Factory. To trochę tak, jakby zrewitalizowane osiedle Kobielska nazwać Angel City, ale Rafał Bauer przekonuje, że „nazwa musi być symboliczna po to, aby łatwo komunikować wydarzenie/zjawisko/produkt, z którym jest związana”. Czy nie jest zgrzytem w tej dość biednej przecież okolicy? „Wcale nie uważam, żeby tu było szczególnie biednie” – odpowiada Rafał Bauer. „Biednie to jest na Wrzecionie. W bloku, w którym jest 14 klatek, z takimi samymi mieszkankami, z ogromnym bezrobociem. Na Kamionku najczęściej mieszkają ludzie od pokoleń. Nie mówię, że będziemy prowadzić w Soho jakąś działalność misyjną, żeby naszym sąsiadom się lepiej żyło. Ale jeśli tylko nie będziemy stawiali żadnych przeszkód, żeby mogli uczestniczyć w tym, co my tutaj mamy, okolica będzie się zmieniać” – przekonuje. Zmiana już jest widoczna. Cały kompleks zakładów i fabryczek (również przedwojennych, m.in. po Zakładach Amunicyjnych „Pocisk” czy Warszawskiej Fabryce Motocykli) wygląda jak ze stron zagranicznego magazynu o architekturze. Kolorowe budyneczki, równo przystrzyżona trawa, hamaki, altany, nowoczesne toalety. Duża w tym zasługa Marcina Garbackiego – architekta z pracowni Projekt Praga, który zrewitalizował i zmodernizował większość budynków Soho Factory. I zrobił to modelowo.

Ale żeby nie był to tylko skansen poprzemysłowej architektury, reprodukowany na pocztówkach, ten teren musi autentycznie ożyć. Już jest miejscem pracy dla dziennikarzy magazynów „Piktogram”, „MaleMen”, „ThinkTank” i „Fashion Magazine”, którzy ulokowali tu swoje redakcje czy architektów z pracowni: WWAA, OP Architekten i Grupa Projektowa „Konkret”. Biznesmeni z Black Liona też przenieśli tu swoje biuro. Może to sprawi, że dość szybko pojawią się tu restauracje, bo póki co na lunche panowie w garniturach muszą chodzić kawałek dalej, na Kamionkowską, do Pasta Nova (w miejscu nieodżałowanej Pastacafé). W Soho odbywają się już jednorazowe wydarzenia: były pokazy mody, koncerty Warszawskiej Jesieni czy recyklingowa artystyczna impreza Przetwory. Jeśli tylko organizatorzy będą chcieli robić tu kulturę, to miejsca jest w bród – dwie duże hale, półotwarty wielki zadaszony pawilon pośrodku całego kompleksu. O obecność tu sztuki ambitniejszej, krytycznej, offowej zadbają, miejmy nadzieję, Galeria Leto z „Piktogramem”, urzędujące wspólnie w jednym z budynków. Swoją filię – Warszawa Wschodnia – chcą tu też otworzyć twórcy klubokawiarni Warszawa Powiśle. Może nawet Krystian Legierski, zainteresowany kulturą radny Warszawy, zacznie kreować w swoim klubie M25 ambitniejszy program. Rafał Bauer: „Chciałbym, zwłaszcza że Warszawa takiego obszaru nie ma, żeby to był prawdziwy creative district. Takie miejsca działają na zasadzie genius loci, pozytywnego wirusa, że komuś się to spodoba i poda dalej”.

Marta Wójcicka ze Studia Teatralnego Koło, która doradza Rafałowi Bauerowi mówi: „Podoba mi się praska różnorodność. Sinfonia Varsovia obok „artystycznej” Lubelskiej czy kompleksu Soho to trzy bardzo różne byty, które koegzystują obok siebie, dzięki temu Praga wydaje mi się w tej chwili dużo bardziej atrakcyjna niż inne dzielnice. Brakuje mi jednak działań oddolnych, które pozwoliłyby tej części miasta łagodnie odmienić swoje oblicze i postrzeganie w skali Warszawy. Mam wrażenie zbyt szybkiego skoku z przemysłowej, robotniczej dzielnicy do ekskluzywnego „district”. By naturalnie zaludnić, aktywizować tkankę miejską, trzeba ją oswoić, i tutaj swoje pięć minut mają zazwyczaj artyści, aktywiści, organizacje pozarządowe. To, że takie miejsca jak Koneser czy byłe SGGW stoją w zasadzie puste, to błąd. Oczywiście, sala koncertowa to będzie niewątpliwy sukces, ale publiczność, która przyjedzie na Pragę, zaraz po opuszczeniu murów Grochowskiej będzie uciekać jak najszybciej na drugą stronę Wisły. W tym sensie szalenie doceniam otwartość właścicieli Soho, stawiających na różnorodność oferty kulturalnej i usługowej. Praga jednak wymaga twardej ręki i wizji zarządu dzielnicy czy miasta, z pewnością jest w momencie przełomowym, który może zaważyć na jej przyszłości”.

Perły w błocie

Gruntownie wyremontowany za 28 milionów złotych Teatr Powszechny taksówkarze nazywają supermarketem lub po prostu Tesco. Jego świecący neon podobno widać nawet z kosmosu. Ale nie skorupa jest najważniejsza, tylko zawartość. Powszechny, który w latach 90. – z takimi nazwiskami, jak Janda, Żółkowska, Gajos czy Machalica – był prawdziwą dumą dzielnicy, ostatnio niestety podupadł. Właśnie dyrektor Biura Kultury Marek Kraszewski namaścił na dyrektora Powszechnego Roberta Glińskiego. W aurze skandalu, bo bez konkursu i cichaczem. Środowisko teatralne przyjęło tę nominację z – delikatnie mówiąc – chłodem, żeby nie użyć mocniejszych słów. Odchodzącego dyrektora Jana Buchwalda chwali się właściwie wyłącznie za rzeczony remont. Naszym zdaniem pochwały to naciągane, bo widownia pozostała niewygodna i diabelnie ciasna. Smutne jest też to, co dzieje się (a raczej się nie dzieje) w południowopraskim Centrum Promocji Kultury przy Podskarbińskiej. Dzielnica zbudowała tu jeden z najnowocześniejszych w Warszawie domów kultury – szklano-drewniany pawilon z ogrodem, salą widowiskową, o całkiem sporej kubaturze. Standardowa oferta zajęć, nieciekawy program, smutny barek, zepsuta kiczowatymi wstawkami architektura – oto, co tam mamy. Działania proponowane przez dyrektor Barbarę Gebler-Wasiak są całkowicie nie na miarę potrzeb, jakie ma ta kulturalnie niedoinwestowana okolica.

Koszmar Narodowy

Kiedy prażanie oburzają się, że miasto traktuje ich jak mieszkańców kategorii B, ratusz od razu odpowiada, że to nieprawda, że metro się buduje na Pragę, że stadion też na Pradze. Tymczasem Stadion Narodowy, który powstał w miejscu subtelnego architektonicznie Stadionu Dziesięciolecia, jest chyba najbardziej krytykowaną budowlą w mieście. Łukasz Drgas: „To jest największa tragedia, jaka spotkała Warszawę od czasów Syrenki. Coś tak wstrętnego, że nie ma słów na opisanie tego megakoszmaru. Poza tym, takich budowli nie stawia się w centrach miast. Na Bielanach, proszę bardzo, ale nie tu. Kto to wymyślił?!”. Nie da się ukryć, że Stadion Narodowy, na którego budowę zgodę wydała Hanna Gronkiewicz-Waltz, dosłownie zmasakrował okolicę. Jest niczym tandetny statek kosmiczny, który wyziera zewsząd. Gdzie się nie pójdzie, to i tak go widać – z parku Skaryszewskiego, z Kępy, z Waszyngtona. W dodatku każde wydarzenie, które się na nim odbędzie, totalnie sparaliżuje Saską Kępę i zakorkuje na amen most Poniatowskiego, rondo Waszyngtona, Zieleniecką i Francuską. Koszmar, jaki miasto zgotowało prażanom, widać w skali mikro przy okazji multimedialnych fontann na Podzamczu. Każdy mecz Euro 2012 będzie gromadził około 60 tysięcy ludzi! Można sobie tylko wyobrażać ten Armagedon, który zacznie się tu w przyszłym roku.

Piwo jasne, piwo ciemne

Nie ma chyba w Warszawie dzielnicy tak obciążonej mitami – negatywnymi i pozytywnymi – jak Praga. Iza Bil: „To nie jest żadna dzielnica artystów. Ten mit się przyjął, szczególnie w mediach, i jest powtarzany bezmyślnie. Knajp i knajpeczek, a owszem, mamy sporo. I bardzo dobrze, że są, ale żeby to tworzyło  »artystyczność« dzielnicy, to nie sądzę”. Łukasz Drgas: „Sformułowanie »Praga – dzielnica artystów« zawsze mnie bawiło. To jest tylko i wyłącznie PR. Nic więcej”. Inne zdanie ma Klima Bocheńska, która prowadzi na Pradze-Północ swoją galerię już siedem lat, najpierw w Fabryce Trzciny, a obecnie w Koneserze: „Tu jest bez wątpienia artystyczny duch. Wprowadza się na Pragę sporo artystów, szefów galerii. Powstaje mnóstwo nowych miejsc, jak choćby Galeria Dada. Rozwija się Soho Factory przy Mińskiej, gdzie już swoją siedzibę ma Galeria Leto. Ja sama miałam możliwość przeniesienia się na Foksal, ale nie chciałam. Uwielbiam Pragę i chcę tu zostać. Jestem o naszą dzielnicę spokojna. Dalej się będzie rozwijać”. Drgas: „Słyszę to od lat, że już za chwilę, już za momencik. To bzdura. Wystarczy spojrzeć na Ząbkowską. To jest ulica artystów z galeriami, butikami i kawiarniami? Czy ze sklepami monopolowymi?”.

Uszanowanie, panie sądziedzie

Negatywny mit ciążący nad Pragą to przestępczość. Warszawiakom się wydaje, że przekraczając Wisłę, jadą na Bronx. Że zaraz ktoś ich okradnie, napadnie, zgwałci. Iza Bil: „Kiedyś mnie to denerwowało, teraz już tylko śmieszy. Ale wciąż od czasu do czasu słyszę pytanie, czy jak przyjadę do Melona samochodem, to będę mógł gdzieś zostawić auto w bezpiecznym miejscu? Mówię, że tak, wszędzie”. Wrażenie braku bezpieczeństwa potęgują odrapane kamienice na Pradze-Północ (ulice Brzeska czy Mała) oraz chyba rzeczywiście ponadstandardowa obecność tzw. dresów. „Mnie to jakoś nigdy nie przeszkadzało. To lokalny koloryt, a poza tym ci panowie, mimo budzącego lęk wyglądu, są bardzo sympatyczni. Zawsze jest „dzień dobry” i ukłon” – mówi Oiko Petersen, fotograf mieszkający na Szmulkach. Prawobrzeżna Warszawa bez wątpienia zmaga się z biedą i patologiami, zwłaszcza Praga-Północ. Tu nie tylko trzeba pomysłu na kulturę, ale na kompleksową rewitalizację. I na edukację dzieciaków, które na zajęcia w lokalnych świetlicach przychodzą czasami pijane. I tu też dobrą robotę wykonują artyści: fundacja vlep[v]net, prowadząc warsztaty, czy Paweł Althamer tworzący z młodymi mieszkańcami dzielnicowy pomnik – Pana Gumę.

Może tym razem się uda

Łukasz Drgas: „Teraz się będzie mówiło, jaka ta Praga jest fajna, bo muzeum i Sinfonia Varsovia. A prawda jest taka, że to będzie wyglądało jak wszystko w Warszawie – syfiasta dzielnica i w niej dwie błyskotki. Dwieście metrów od Muzeum Pragi są pawilony z lat 70., a obok nich jeden wielki śmietnik, wszystko w koło się rozsypuje, okna pozabijane dyktą. Co zmieni wstawienie tu jednego fajnego budynku?” My – doceniając malkontenctwo Łukasza – wierzymy, że jednak coś się zmieni, ale potrzeba chęci miasta. Mogłoby powołać na przykład specjalny zespół zajmujący się całościowo Pragą, w którym zasiadaliby przedstawiciele miejskich biur, organizacji pozarządowych, władz dzielnic. Przygotowując ten tekst, znów intensywnie zaczęliśmy przeczesywać stare praskie kąty i znów nas coś wzięło. Skończyło się to decyzją o przeniesieniu redakcji „WAW” z placu Konstytucji na Saską Kępę. Wprowadzamy się za miesiąc do Domu Funkcjonalnego i cieszymy się jak dzieci. Artysta Karol Radziszewski: „Wy też przenosicie się na drugą stronę? Niesamowite, myślałem, że nic z tej Pragi już nie będzie”. Nadzieja umiera ostatnia.


Agnieszka Kowalska jest dziennikarką „Gazety Wyborczej".

Mike Urbaniak jest redaktorem naczelnym "WAW".

 

© Magazyn WAW | magazynwaw.com



TEKSTY

przeglądaj wszystkie

None
©2011 UPTOWN MEDIA, Design: Edgar Bąk